<title_newspaper="Przyjaciółka">
<title_article="Skrzywdzili kobietę">
<author_1="">
<language="pl">
<style="press">
<year="1951">
<month="7">
<date="1951-07-08">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Droga "Przyjaciółko"! Proszę i błagam Cię, poradź i pomóż mi w niedoli. Moja sprawa jest długa, ale opowiem ci ją w kolejności faktów. Chorowałam na nogi. Po kuracji szpitalnej postanowiłam zgłosić się do pracy. W czerwcu 1950 r. objęłam posadę w Gnieźnie, ul. Wojciecha 3, jako kucharka w "Domu Dziecka", u sióstr zakonnych. Zaufałam słowom sióstr, myśląc, że już do starości będę mieć opiekę, pracując na swoje utrzymanie. Zlikwidowałam więc mieszkanie, które miałam urzędowo przyznane. Meble oddalam znaomym. Sądziłam, że mi są niepotrzebne, gdyż miałam mieszkać w miejscu pracy i chciałam pracować, a więc liczyłam, że na utrzymanie zarobię. Pracowałam w kuchni od godz. 6-ej rano do 8-ej wieczorem z 15-minutową przerwą obiadową. I tak dzień w dzień. W każdą niedzielę i święto 8 godzin. Po dwóch miesiącach takiej pracy byłam już w w ogóle do niczego nie zdolna. Nadmieniam, że po opuszczeniu kuchni czekała mnie jeszcze świniarnia. Ażeby nakarmić świnie musiałam najpierw gotować w parniku, potem czekał mnie obrządek. Zanim mogłam spocząć była godzina 11—12 w nocy. Pewnego dnia wypowiedziałam pracę. Siostra przełożona Benedykta, obiecała mi, że mi ulży, żebym tylko została. Upadałam ze zmęczenia. Chore nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Pod wieczór, gdy już nie mogłam stać, klęczałam na stołeczku przy kotłach. Przyrządzałam posiłki dla 80-ciu stałych stołowników, dla 50 do 70 dzieci przedszkolnych śniadania i obiady. Miałam do pomocy tylko pracownicę przedszkola. Do naszych obowiązków należało także zmywanie naczyń, karmienie drobiu, sprzątanie magazynu i łazienki. Za to otrzymywałam 130 zł, miesięcznie i utrzymanie. Za lipiec wypłacono mi tylko 120 zł. 
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
